Domowy blog Wysokich Obcasów. Jego gospodyniami są: Kasia Bosacka i Joanna Sokolińska
Kategorie: Wszystkie | pisze blondynka | pisze brunetka | piszą obie panie
RSS
piątek, 27 kwietnia 2007
Scrabble w drogerii
W „Obcasach” wojna na listy sześćdziesięciolatek: czy lepiej mieć komórki z dużymi klawiszami i osobne półki w drogeriach, czy korzystać z tego co jest, nie wprowadzając podziałów. No, nie wiem. Póki co egoistycznie liczę, że pozytywnym skutkiem małego przyrostu naturalnego będzie likwidacja apertheidu wiekowego, kiedy nadejdzie mój wiek średni. Ewa Woydyłło-Osiatyńska radzi (będzie do przeczytania w dodatku „Menopauza” w drugiej połowie maja), żeby do klimakterium szykować się od 30-tych urodzin, stawiając na rozrywki różnego rodzaju i towarzystwo kobiet. Jakaś chętna na partyjkę wirtualnych scrabbli?
23:41, joanna.sokolinska , piszą obie panie
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 16 kwietnia 2007
Jedni nie chcą, inni chcą

Ale przecież to oczywiste, że w czasach, gdy można wybierać różne modele życia, można przeżyć tyle przygód – zaczynając od zatopienia się w pracy, poprzez podróżowanie w każdą dowolną stronę, a na całkowitym odrzuceniu modelu kariera + domek z trawnikiem + dzieci + mąż, kosiarka, labrador i spaghetti z tuńczykiem, ludzie nie będą MASOWO zakładać rodzin wielodzietnych. To jedna z wielu opcji, jak wszystkie pozostałe – nie dla każdego nęcąca. Skąd przekonanie, że to dobry model życia dla każdego?
Męczy mnie ton jojczenia: ludzie nie chcą mieć dzieci, wolą nową komórkę (choć ciarki mnie przechodzą na widok reklamy Play). Jedni nie chcą, inni chcą. Tak, jak pisałam: ja widzę pewien trend w swoim otoczeniu. Uważam, że choć wskaźniki są takie, jakie są, rodzicielstwo staje się modne.

Kasiu, zmień wreszcie tę księgarnię, wystarczy otworzyć piątkową „Gazetę”, znajdziesz adresy miejsc, które tylko czekają na Ciebie i Twoje dzieci.

06:57, joanna.sokolinska , piszą obie panie
Link Komentarze (3) »
wtorek, 10 kwietnia 2007
Polska dla dzieciaków

W Polsce nadal podejście do liczby posiadanego potomstwa, częściej niż powiedzeniem perskim „Dzieci są pomostem wiodącym do nieba”, definiuje się polskim: „Kto ma pszczoły ten ma miód, kto ma dzieci ten ma smród”.

 Kompletnie nie zgadzam się z twoim twierdzeniem Joasiu („Skąd się nie biorą dzieci”, Joanna Sokolińska, Gazeta z 5.04.07), że: „wbrew powszechnym narzekaniom [w Polsce] dzieci wciąż się rodzą, a rodzicielstwo jest modne. I to rodzicielstwo w wariancie multi”. Ja ani tej mody ani tego multi nijak nie widzę. „Na państwa ulicy tyle wspaniałych domów i samochodów, tyle młodych małżeństw, a dzieci? Jak na lekarstwo" - mówił  nam ksiądz podczas kolędy. I rzeczywiście - na osiedlu w warszawskim Wilanowie nie widuję rodzin wielodzietnych, na placu zabaw mamy bujają jedno lub najwyżej dwoje dzieci, w parku spacerują babcie z jednym wnuczkiem, w supermarketach nie mijam wózków z dużą ilością kłębiących się w nich i wokół nich dzieci. Jedyni w sąsiedztwie mamy troje dzieci, jjedyna z mojej klasy (biorąc pod uwagę zarówno podstawówkę jak i liceum) mam ich tyle i znam jeszcze tylko dwie takie rodziny. Znakomita liczba moich przyjaciół i znajomych albo ma już dwójkę i więcej a-b-s-o-l-u-t-n-i-e mieć nie zamierza, albo hoduje swoich jedynaczków. O tych bezdzietnych, którzy na nasze słowa „czwartego nie wykluczamy” bledną i wpadają w popłoch, nawet nie wspomnę.

Piszesz Joasiu: „Wśród moich znajomych, pracujących, wykształconych trzydziestoparolatków z Warszawy - a więc tych, do których wciąż są pretensje, że nie rodzą, że rodzą za późno i za mało - prawie nikt nie ma jednego dziecka. Większość ma - lub chce mieć - więcej, trójka nikomu nie imponuje”. Cóż, mogę chyba tylko powiedzieć, że to czysty zbieg okoliczności albo że ta moda na wielodzietność dotyczy pewnej specyficznej grupy młodych Polaków. Żyjących w małżeństwach czy związkach opierających się na zasadach partnerskich, nieźle zarabiających, zadowolonych z życia, współmałżonka, pracy, optymistycznie patrzących w przyszłość, a do tego kochających dzieci i nie przerazonych wizją dużej gromadki. Tyle, że to absolutna mniejszość mieszcząca się w granicach błędu statystycznego. Pozostali młodzi Polacy - jak wynika nawet z badań opublikowanych w tej samej czwartkowej Gazecie na stronie obok - dzieci mieć owszem chcą, ale tylko jedno, a wśród tych, którzy już dzieci mają, następne planują tylko rodzice jedynaków. Spośród badanych, którzy mają dwoje lub więcej dzieci, kolejne planuje tylko 2 proc.

W Polsce po prostu rodzenie dzieci dawno już przestało być modne. Wiele małżeństw, które - wydawałoby się - mają idealne warunki, by mieć dzieci, traktuje je raczej jako przeszkodę niż cel życia. Stać ich na kurs portugalskiego i wakacje w Grecji. Stać na włoską oliwę do rzymskiej sałaty. Coraz częściej jednak nie stać na dzieci. Jak usłyszałam niedawno: „zapisaliśmy już Patrykowi nasz dom. Co byśmy dali drugiemu dziecku?". Dziś pytanie pokolenia naszych rodziców: „czy chcemy mieć dzieci?" zastąpiło: „czy nas na nie stać.

To wulgarne powiedzenie „Kto ma pszczoły, ten ma miód, kto ma dzieci ten ma smród” usłyszałam kiedyś zresztą od osoby starszej, w mojej bliskiej rodzinie. Najczęściej słyszę jednak: „Ho, ho. Odważni państwo jesteście", a czasem wręcz „Troje dzieci, podziwiam panią, naprawdę” tak jakbym była chińską gimnastyczką, która nie łamiąc sobie karku właśnie wykonała potrójne salto mortale. Ba, rodzina z więcej niż dwójką dzieci często traktowana jest prawie jak patologia („jak to możliwe przy takiej dostępności nowoczesnej antykoncepcji?!"). Ten sam ambasador Jan Tombiński, którego cytowałaś Joasiu w swoim tekście, mówi przecież jasno: „W Polsce posiadania dużej liczby dzieci jest kojarzone z marginesem społecznym. Alkoholik albo katolik".

I tak rzeczywiście jest. Moja przyjaciółka - szczęśliwa żona i mama kilkuletniej Madzi, przy każdej następnej ciąży (były jeszcze dwie) informując swoją mamę, że po raz kolejny zostanie babcią, za każdym razem zbierała straszliwą burę. Padały słowa „dziecioroby”, „złamane życie”, „znów dwa lata w pieluchach”. Nigdy nie zapomnę dziwnej sytuacji u naszych bliskich  przyjaciół mieszkających w małej wsi na Kaszubach, którzy dopiero po dwóch tygodniach naszego pobytu, przyznali nam ze wstydem, że „Ania ostatnio wcale nie przytyła, tylko będą mieć czwarte dziecko, no i żebyśmy broń Boże nikomu z ich rodziny nie mówili.

Dziś bowiem nawet na wsi kolejne dziecko w wielodzietnej rodzinie - „ubogiemu dzieciątko, bogatemu cielątko” - to wstyd. Już także tam kobiety rodzą coraz rzadziej - jeszcze w 1990 r. na wsiach przychodziło o 40 proc. więcej dzieci niż w mieście, dziś - tylko o 25 proc. W efekcie Polki rodzą najmniej dzieci w Europie, mamy siódmy najniższy wynik dzietności na świecie. Rocznie na świat przychodzi ok. 350 tys. Polaków, o ponad 100 tys. mniej niż w 1990 r., czyli od 1989 r. systematycznie nas ubywa. I wcale nie cieszy, że w ostatnich miesiącach - jak obwieszczała Trybuna Ludu postępy w przemyśle tekstylnym - „coś drgnęło w rajstopach” i rodzi się więcej Polaków. Jak oceniają specjaliści dzieje się tak nie z powodu becikowego (czy jak kto woli „pępkowego”), ale z tych względów, że po recesji już nie ma śladu, stale poprawia się sytuacja na rynku pracy, no i - co najważniejsze - mamami zostają kobiety urodzone w okresie ostatniego boomu demograficznego z początku lat 80.         

W Polsce nie da się poprawić wskaźnika dzietności bez rozsądnej polityki prorodzinnej. Jej zarys przedstawiła w marcu minister Joanna Kluzik-Rostkowska. Pytanie tylko co z tej polityki zostanie i czy znowu młode rodziny nie przegrają w walce o za krótką kołdrę z górnikami czy hutnikami. Jednak nie da się poprawić wskaźników dzietności bez zmiany naszej mentalności. Bez wylansowania prawdziwej, a nie tylko elitarnej mody na posiadanie dzieci w wariancie multi . Bez zdjęcia z podwórek tabliczek: „zakaz gry w piłkę”, bez budowania placów zabaw, organizowania kącików z klockami w sklepach. I tu zgadzam się z tobą Joasiu, te błahostki także decydują, czy klimat sprzyja rodzicom. Weźmy choćby taką sytuację. Ostatnio byłam z moimi dziećmi w księgarni zawalonej po sufit literaturą dla maluchów. Buszujemy w Krecikach i Kubusiach Puchatkach, kiedy nagle moja niespełna trzyletnia córeczka piszczy - siusiu! Zwracam się więc z miłym uśmiechem do pań sprzedawczyń, a one mi na to, że w księgarni wielkiej jak hangar lotniczy toalety nie ma. To znaczy jest, ale nie wpuszczają tam klientów, nawet niespełna trzyletnich. I o taką błahostkę warto walczyć, bo może okazać się, że nie tylko dzięki prorodzinnej polityce, ale także dzięki zmianom tych wszystkim błahostek wiele moich koleżanek na pytanie „a może jesteś w ciąży?” nie odpowie jak zwykle „weź, przestań”, tylko odpuka trzy razy w niemalowane, by nie zapeszyć.  
 

21:11, katarzyna.bosacka , piszą obie panie
Link Komentarze (3) »
środa, 04 kwietnia 2007
Własnoręczna gęś z jajami
A ja lubię pisanki w domu. W lodówce pekluje się gąska (lekko powiedziane, ptaszyna waży prawie sześć kilo, wypadła mi z torby na parkingu przed sklepem i goniłam ja parę ładnych metrów). Jutro piekę pasztet, mazurki, w sobotę robię paschę. Owszem umęczę się, ale ja naprawdę lubię te spotkania rodzinne w kościele, śniadanie wielkanocne, rozmowy przy stole, na które przez całe miesiące nie ma czasu, spacery albo krótkie wycieczki, których organizatorem jest zwykle mój mąż. Owszem zdarzają się różne kwasy, nie jest zupełnie sielsko, ale widząc przeszczęśliwe dzieci siadające wieczorem z dziadkiem do Chińczyka, jestem w stanie znieść wszystko. Jeśli nie muszę, na Święta nie wyjeżdżam. Siedzę i wysiaduję jajka.       
23:01, katarzyna.bosacka , piszą obie panie
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 03 kwietnia 2007
Ucieczka do pisanek
Obdzwoniłam kilkanaście gospodarstw agroturystycznych i pensjonatów – nigdzie nie ma miejsc na Wielkanoc. I nie jest tak, że jadą single pić na umór tequilę i wsunąć zupę miso na niedzielne Wielkie śniadanie, bo w ofercie gospodarstwa mają malowanie pisanek, wycieczkę do pobliskiego sanktuarium, dojenie kóz i jedzenie pieczonego jagnięcia z pozostałymi gośćmi. Obfity program i wszystko we wspólnocie. Sezon na zamianę rodzin?
22:23, joanna.sokolinska , piszą obie panie
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 02 kwietnia 2007
Będzie lepiej i w Małkini
Co zrobiły Twoje koleżanki, które zwolniono po powrocie z macierzyńskiego? Poszły do sądu pracy, czy do związków zawodowych?
niedziela, 01 kwietnia 2007
W Małkini kibel bez kwiatków
Joasiu, pracodawcy może i wiedzą, że nie wypada pytać, czy kandydatka zamierza mieć dzieci, ale pytają. Poza tym mnóstwo moich koleżanek straciło pracę po powrocie z macierzyńskiego. Jedna z nich najpierw przyniosła szefowi i całemu zespołowi własnoręcznie zrobione ciasto „powitalne”, a nastepnego dnia dostała własnoręcznie odebrała pismo „pożegnalne”, czyli wymówienie z pracy. Póki więc nie zmienimy prawa, nie mamy co liczyć na zrozumienie ze strony pracodawców. Być może o potomstwo nie pytają już kandydatek na aplikację adwokacką albo staż w najlepszych agencjach reklamowych czy redakcjach, ale w barze w Grójcu czy w firmie produkującej pieczątki w Małkini - to założę się - prawie norma. Więc nie mówmy że szybko będzie lepiej, bo nie będzie.
PS 1. A dajcież, żesz do cholery, ponosić mu tę spódnicę (choćby tylko w domu)!
PS2. Kawa, ciasteczka i wc całe w kwiatkach zdarza się raz na milion, szczęściaro!
PS2. Ja też nie znoszę określenia Matka Polka, wolę Matka Idolka.     
22:41, katarzyna.bosacka , piszą obie panie
Link Komentarze (2) »
czwartek, 29 marca 2007
Sikanie bez Matki Polki
No, popatrz, Kasia, a ja widzę co innego. Trzylatka, który chciałby różową spinkę do włosów, albo chociaż ponosić spódnicę w kratkę swojej siostry. I co? Rodzice seksiści może pozwolą na spódnicę (po domu), bo w szkocką kratkę, ale o spince może zapomnieć. Nie jest biedny?
Matka Polka i sikanie

Polce 2007 łatwo nie jest. No chyba, że jest tak jak ja w czepku urodzona. Nie jest jej łatwo w szkole „Dziewczynka powinna być grzeczna, a z ciebie Kaśka straszny latawiec” - mawiała moja wychowawczyni. Dziś wiem, że to podejście nadal obowiązuje, bo moja pięcioletnia Marysia, niezły ananas, zbiera podobne uwagi w przedszkolu. Polce nie jest łatwo w pracy, no chyba że jest to praca twórcza i pracodawca rozlicza Polkę z efektów, a nie z „wysiadywania jajek godzinami” jak mawia Dorota Welman. Polka może zawsze usłyszeć, że „jest za stara na to stanowisko”, „na pewno zaraz zajdzie i zablokuje etat”, albo „że jej mąż nieźle zarabia, więc po co jej pracować”.

Matka Polka też łatwo nie ma. Weźmy choćby taką sytuację: wchodzę z moimi dziećmi do księgarni zawalonej po sufit literaturą dla maluchów. Buszujemy w Krecikach i Kubusiach Puchatkach, kiedy nagle niespełna trzyletnia Zonia piszczy - siusiu! Zwracam się więc z uśmiechem do pań sprzedawczyni, a one mi na to, że nie niestety w księgarni wielkiej jak hangar lotniczy toalety nie ma. Czyli co panie sprzedawczynie nie sikają? Sikają, ale nie wpuszczają tam klientów, nawet niespełna trzyletnich. Taka sytuacja zdarza nam się nie pierwszy raz.

Na szczęście Polka 2007 ma siłę. Ma, bo jak wynika z ostatniego raportu o zdrowiu Polek przygotowanego przez Ministerstwo Zdrowia we współpracy z ONZ jest nas więcej niż mężczyzn, żyjemy o ponad osiem lat dłużej, jesteśmy lepiej wykształcone, dzierżymy władzę nad budżetami domowymi - Polki są „głowami” aż 40 proc. ogółu gospodarstw domowych, co oznacza, że zarabiamy więcej od swoich mężów lub partnerów i to my decydujemy o wydatkach w rodzinie. I to mimo fatalnej sytuacji na rynku pracy - wskaźnik zatrudnienia kobiet jest u nas jednym z najniższych w całej Unii. Zatem, dziewczyny siła w nas siły! Polska na kobietach stoi.

15:53, katarzyna.bosacka , piszą obie panie
Link Komentarze (1) »
1 , 2